Poznaj swój rytm

31/07/2009
Każdy człowiek ma swój własny rytm dnia. Planując zadania, musisz uwzględnić swoje predyspozycje i działać według ustalonego na ich podstawie harmonogramu.
Większość ludzi najefektywniej pracuje przed południem, a w godzinach rannych do godziny 10:00. Później, do godziny 15:00, wydajność spada. Warto wtedy zaplanować do wykonania rzeczy mniej ważne. Od 15:00 do 20:00 efektywność znów rośnie, ale nie osiąga takiego poziomu jak rano.
Ważne zadania warto wykonywać rano z jeszcze jednego powodu. nawet jeśli nie jesteś wtedy najbardziej efektywny pamiętaj, że ukończenie w miarę wcześnie czegoś ważnego daje poczucie satysfakcji i zadowolenia. A to pozwala optymistycznie patrzeć w kalendarz gdzie jest jeszcze dużo pozycji do odhaczenia.

Każdy człowiek ma swój własny rytm dnia. Planując zadania, musisz uwzględnić swoje predyspozycje i działać według ustalonego na ich podstawie harmonogramu.

Większość ludzi najefektywniej pracuje przed południem, a w godzinach rannych do godziny 10:00. Później, do godziny 15:00, wydajność spada. Warto wtedy zaplanować do wykonania rzeczy mniej ważne. Od 15:00 do 20:00 efektywność znów rośnie, ale nie osiąga takiego poziomu jak rano.

Ważne zadania warto wykonywać rano z jeszcze jednego powodu. Nawet jeśli nie jesteś wtedy najbardziej efektywny pamiętaj, że ukończenie w miarę wcześnie czegoś ważnego daje poczucie satysfakcji. A to pozwala optymistycznie patrzeć w kalendarz gdzie jest jeszcze dużo pozycji do odhaczenia.


Zarządzanie czasem – reguła 60/40

27/07/2009

Reguła 60/40 mówi o tym, żeby realnie patrzeć na wykonywane przez nas zadanie. W jej myśl, jeśli mamy coś do zrobienia, powinniśmy zaplanować tylko 60% czasu, który mamy do dyspozycji. Dlaczego tylko tyle? Bo zakłada ona, że planowanie 100% czasu nie ma sensu, ponieważ zawsze zdarzają się nieprzewidziane sytuacje, drobne wypadki i zdarzenia, które musimy wziąć pod uwagę, aby się nie przeliczyć w realnym planowaniu. Dlatego zaleca się pozostawienie 40% czasu na czynności nieoczekiwane i spontaniczne, które mogą się przydarzyć nawet przy wykonywaniu najbardziej pilnego zadania.


Jak dobrze zacząć dzień?

10/07/2009

Gdy rano przyjeżdżam do biura, lubię obserwować moich współpracowników. Jedni przychodzą pełni energii, zadowoleni a inni – jakby ich „walec przejechał”. Od czego zależy nasze samopoczucie w ciągu dnia? Także od tego jak go rozpoczniemy! Ja osobiście już od kilku lat stosuję metodę „5 kroków”, która pomaga mi efektywnie rozpocząć każdy kolejny dzień i nabrać siły do działania. Jeśli spróbujesz jestem pewna, że już wkrótce zauważysz różnicę!

  • Po pierwsze – gdy tylko otworzysz rano oczy – uśmiechnij się! To takie proste, a sprawia, że nastawisz się pozytywnie, w końcu nowy dzień to nowa szansa na zrobienie czegoś wyjątkowego! Uśmiech na Twojej twarzy jest również początkiem ćwiczeń fizycznych rozbudzających ciało.
  • Po drugie – wypij przynajmniej ½ litra wody. Twój odwodniony po nocy organizm naprawdę woli ją od kawy, którą wiele osób ma zwyczaj serwować sobie z samego rana. Jeżeli masz problemy z cerą ta informacja powinna Cię zainteresować – woda pomaga oczyścić organizm z toksyn, co znacznie poprawia stan skóry.
  • Po trzecie – przeznacz 30 minut na rozbudzenie swojego serca. Wierz mi – pobudzając krążenie krwi i dotleniając organizm pomożesz ciału i umysłowi pozbyć się napięcia z poprzedniego dnia a to pomoże Ci skupić się na zadaniach bieżących.
  • Po czwarte – pobądź sam na sam ze sobą przez 10-15 minut. Nawet, jeśli Twój dom jest pełen ludzi, każdy szykuje się do pracy/szkoły, a pies nerwowo kręci się pod drzwiami, zamknij się w jednym z pokojów i postaraj się zrelaksować. Jeśli jednak potrzebujesz ciszy i spokoju – wstań chwilę przed domownikami. Pomoże Ci to odzyskać wewnętrzny spokój i równowagę.
  • Po piąte – zjedz zdrowe śniadanie. Na pewno pamiętasz jak rodzice powtarzali Ci, że śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Nie mylili się, dlatego postaraj się, aby był on jednocześnie wartościowy. Nie wybiegaj z domu z myślą, że przekąsisz coś na mieście! Wiem, że jak rano uda mi się wykonać to, co zaplanowałam – z resztą zadań tym bardziej sobie poradzę. Tobie również polecam wypracować sobie nawyk efektywnego budzenia się.

    Może już stosujesz niektóre z powyższych rad?A może masz swoje własne skuteczne sposoby na dobry początek dnia?


Ucz się dziecko, ucz – póki jest czas!

25/06/2009

Tak zawsze mówiła moja wychowawczyni w podstawówce. Pamiętam to do dzisiaj – może, dlatego, że jej ton sugerował, że i tak jest już dla nas wszystkich zbyt późno? A może, dlatego, że będąc w ostatniej – ósmej klasie czułam się obrażana słowem dziecko?… Ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy nauczyciele mówią tak, żeby zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia ich uczniów. Cóż, za system motywacyjny tego uznać się nie da. Dlaczego?

Aby zmotywować kogoś do działania nie wystarczy wbijać mu niczym młotkiem do głowy, że MUSI to zrobić. Sam fakt, że coś się musi to trochę mało, żeby z zaangażowaniem lub przynajmniej odrobiną chęci przystąpić do pracy.

Jedna z nauczycielek w szkole mojego syna przyjęła inna taktykę. Postanowiła zacząć od siebie. Jako matka 4 dzieci poznałam już wielu przedstawicieli grona pedagogicznego i wiem, że niestety w znacznej części ich praca dalece odbiega od ideału. Owa nauczycielka w przeciwieństwie do innych, nie wyciąga, co roku tych samych notatek i zadań, przerabianych z każdą klasą, ale stara się zainteresować uczniów tematem. Zabiera ich na wycieczki w miejsca, o których czytają w podręczniku do historii, pokazuje ciekawie przygotowaną prezentację zamiast nudnego “wykładu” i przedstawia interesujące filmy dotyczące omawianej przez nich epoki. Mój syn jest zachwycony. Wracając ze szkoły nie musi siadać do książek, żeby zrozumieć, o czym mówiła nauczycielka- doskonale wszystko pamięta i odrobienie pracy domowej nie stanowi dla niego żadnego problemu.

Porównując podejście moich nauczycieli i wychowawczyni mojego syna musze przyznać, że kreatywność i wychodzenie poza standardowe formy nauczania, bardzo wzmagają chęć do nauki. Chyba warto, żeby najmłodsi zamiast traktować szkołę, jako zło konieczne zobaczyli w niej także szansę na poznanie ciekawych faktów, zjawisk i miejsc. W późniejszych latach przełoży się to na ich stosunek do pracy i przekazywania swojej wiedzy innym (nie koniecznie w zawodzie nauczyciela).

Cóż – my rodzice musimy, albo liczyć na szczęście, że nasze dzieci „dobrze trafią”, albo samemu zaangażować się w ich rozwój i podsycać ich ciekawość świata. Ja polecam jednak to drugie.


Co dobre (za)szybko się kończy…

25/06/2009

Moja córka wróciła ostatnio z wyjazdu na zieloną szkołę. Gdy po tygodniu szaleństw i zabaw odbierałam ją spod szkoły zapytała mnie: „Mamo, dlaczego jak jestem na wyjeździe i jest tak fajnie to zdaję sobie z tego sprawę dopiero po powrocie?”. Wtedy opowiedziałam jej, jaki sposób na to znalazłam wiele lat temu.

Gdy wyjeżdżałam na obozy zawsze doceniałam spędzony tam czas i różne śmieszne,a czasami trochę straszne sytuacje dopiero po powrocie. Po jednym z takich wypadów obiecałam sobie, że podczas każdego wyjazdu znajdę chwilę, aby usiąść na chwile i pozwolić, aby dotarły do mnie myśli tłumione przez bieżące sprawy i działania.

Niby taki prosty zabieg, a jaki skuteczny!

Pamiętam, jak spędzając wakacje w Wilkasach, poszłam po kolacji na pomost z kubkiem herbaty malinowej i patrzyłam na jezioro dziękując losowi, że pozwolił mi przeżywać coś tak wspaniałego. Przepełniała mnie ogromna (trochę niewytłumaczalna) radość, energia. Ciepły wiatr i zapach jeziora są w moich myślach do dzisiaj. Gdy tylko dzieje się coś przyjemnego w moim życiu np. przygotowania do ślubu, wyczekana i długo planowana podróż na Malediwy, obserwowanie pierwszych kroków mojej córki – mówię sobie – „Jak wspaniale jest tu być!”. Dzięki temu jeszcze bardziej doceniam każdą chwilę, a po powrocie nie żałuję, że np. wyjazd minął zbyt szybko. Wiem, że „wycisnęłam” z niego maksimum przyjemności i że robiłam to całkowicie świadomie.

Moja córka postanowiła wykorzystać mój sposób na najbliższym wyjeździe. Powiedziała mi, że nigdy nie chce żałować, że będąc w pięknym miejscu z przyjaciółmi nie potrafiła tego docenić.

Czy Tobie zdarza się w pogoni za przyjemnością utracić kontakt z rzeczywistością i dopiero po dłuższym czasie powrócić wspomnieniami do „starych dobrych czasów”? A może potrafisz celebrować chwilę?


Kwadrans akademicki

23/06/2009

Pamiętam, że jako studentka z jednej strony go uwielbiałam, a z drugiej był on moim przekleństwem. Gdy czekaliśmy na profesora – wielbiciela niezapowiedzianych „wejściówek” (tzn?) i mijało magiczne 15minut i w końcu z ulgą mogliśmy iść na kawę nie obawiając się żadnych konsekwencji, uważałam to za najlepszy wynalazek ludzkości. Bywało jednak tak, że jechałam spóźniona na zajęcia modląc się, żeby autobus wreszcie przyspieszył zamiast zaliczać każde czerwone światła i gdy wpadałam 16 minut (dosłownie!!) do auli słyszałam „Moja droga Pani już za późno…”. Wówczas wściekałam się niezmiernie.

Dlaczego nagle naszło mnie na wspominanie owego kwadransa?

Czekałam dzisiaj na przyjaciółkę, z którą umówiłam się o 17, akurat udało mi się trochę wcześniej wyjść z pracy i byłam już o 16:55 w naszej ulubionej kawiarni.

Zawsze biorę poprawkę na korki i inne przeszkody, jakie mogą zatrzymać osobę, z którą jestem umówiona. Sama bardzo nie lubię się spóźniać i tego oczekuję również od innych. Wiedząc o tym znajomi nie każą mi zwykle czekać zbyt długo lub dzwonią prosząc o cierpliwość. Dlaczego? Mam taki zwyczaj, że nie czekam dłużej niż 15 minut. Jeśli ktoś na tyle swobodnie podchodzi do naszego spotkania i nie informuje mnie ile jeszcze mam siedzieć przy stoliku zwlekając z zamówieniem, uważam, że nie będzie miał nic, przeciwko jeśli spotkamy się innym razem.

Gdy dobiegała 17:10 wyciągnęłam z torby komórkę i wybrałam numer znajomej. Nie odbierała. O 17:15 zamówiłam sałatkę z łososiem i zabrałam się za oddzwanianie na telefony, których nie mogłam odebrać w ciągu dnia. Gdy pojawiła się o 17:35 twierdząc, że stała w TAKIM korku, ja już kończyłam. Powiedziałam jej, że miło mi ją widzieć, ale zostało mi 10 minut, po czym muszę jechać na jogę. Gdyby pojawiła się punktualnie – wówczas mogłybyśmy wspólnie zjeść obiad i pogawędzić. Najpierw była lekko zaszokowana, a później z uśmiechem rzuciła „eee to dzisiaj nie pójdziesz na jogę – nic się nie stanie” i usiadła przekonana, że tak właśnie zrobię.

Ponieważ staram się nie rezygnować ze swoich planów jeśli nie jest to naprawdę konieczne, postanowiłam wyjść o wcześniej ustalonej godzinie, tak aby zdążyć na zajęcia. Nie znaczy to, że pokłóciłam się z koleżanką – nic z tych rzeczy. Zawsze jestem bardzo rzeczowa i również tym razem powiedziałam, że chętnie z nią porozmawiam, ale może innym razem uda nam się zgrać terminy.

A Ty jak reagujesz, gdy Twój znajomy się spóźnia? Ile czekasz? Czy warto przekładać swoje plany przez innych?


Nie wiem, co chcę w życiu robić…

25/05/2009

Czy to źle jeśli ktoś nie jest zdecydowany, miota się, zastanawia?

Absolutnie nie! Nie rozumiem pogardliwych spojrzeń i komentarzy za plecami, jeśli ktoś nie jest w 100% zdeklarowany, co do swoich planów na najbliższe 20 lat. Oczywiście ich posiadanie zdecydowanie ułatwia i przyspiesza osiągnięcie szerokorozumianego sukcesu i szczęścia, ale samo poszukiwanie swojej drogi jest niezwykle fascynującym zajęciem. Pamiętam jak wspólnie z kolegą z działu kadr przeprowadzaliśmy rekrutację na stanowisko młodszego specjalisty ds. marketingu w mojej poprzedniej firmie. Jednym z pytań w formularzu, na jakie oczekiwaliśmy odpowiedzi było: „Co będziesz robić za 5 lat?”. Zdecydowana większość kandydatów „szyła” na bieżąco wizje swojej przyszłości. Starali się wypaść profesjonalnie i pewnie. Często przewijał się dom/mieszkanie, awans o dwa stanowiska i podróż (koniecznie dookoła świata). W końcu jeden chłopak po usłyszeniu pytania odpowiedział „Nie mam pojęcia! To zależy m.in. od tego czy mnie przyjmiecie. Jeśli tak się stanie – za 5 lat to ja będę siedzieć po tamtej stronie biurka”. Mówił to w tak szczery i jednocześnie łagodny sposób – zero arogancji, pozowania. To miało być ironiczne podsumowanie tak naprawdę głupiego pytania.

Zdecydowaliśmy się go zatrudnić, nie tylko ze względu na tą jedną odpowiedź ale również jego dotychczasowe doświadczenie. Po 5 latach nie zajmował się rekrutacją, ale grał w kapeli rokowej (znanej do dzisiaj) i tak już zostało.

Przyznam, że uwielbiam ludzi otwartych, niebojących się przyznać, że dopiero szukają swojej drogi. Cenię również tych, którzy takie poszukiwania szanują.

Idealnie pasuje w tym miejscu tekst reklamy (nie pamiętam, czego – będę bardzo wdzięczna za przypomnienie!:)) gdzie na jednym z ujęć, chłopak w eleganckim garniturze, wyraźnie znudzony i zamyślony siedział na krześle podczas firmowej konferencji. Głos w tle tak skomentował tą scenkę „Nie miej do siebie pretensji, jeśli nadal nie wiesz, co chcesz w życiu robić”. Nie jestem pewna, czy dosłownie tak to brzmiało, ale sens jest identyczny. I ja się z tym zgadzam – nie miej do siebie pretensji, że nie znalazłaś, możesz mieć jedynie pretensje, że nie szukasz.

P.S Jeśli pamiętasz tą reklamę – będę niezmiernie wdzięczna za linka. Ostatnio chodzi mi po głowie, a nie mogę za nic przypomnieć sobie, jaki produkt był w ten sposób promowany (a to chyba nienajlepiej świadczy o reklamie, ale co tam;))


Walka o komputer.

20/05/2009

Ostatnio odwiedziłam moją siostrę i nadal jestem w szoku. Ich dom coraz bardziej zaczyna przypominać biuro . W pokoju młodszej córki stoją dwa komputery – jeden dziecka, a drugi mojego szwagra – fana gier komputerowych. W pokoju starszej córki (16-letniej) oczywiście laptop, do niego – ipod i mnóstwo gadżetów. W sypialni laptop mojej (niepracującej obecnie) siostry. Zapytałam ją, po co im aż tyle komputerów w domu. „Wiesz co, ciągle były jakieś kłótnie, awantury o to: kto ma po kim korzystać i co jest ważniejsze gra czy forum internetowe. Miałam tego dosyć” – odpowiedziała. Kiedyś jeden komputer i jedna komórka w rodzinie to było „coś”.

Obecnie niemal stalo się powszechne, że każdy 5-ciolatek ma już komórkę, ale komputer w każdym pokoju to już chyba lekka przesada. Ja, pomimo, że mam znacznie większą rodzinę – komputerów mam zaledwie dwa. Jeden stacjonarny, z którego korzystają dzieci a drugi to mój laptop. Mój mąż nie lubi komputerów i korzysta tylko wtedy, gdy musi – tam gdzie akurat nikogo nie ma.

Jak uniknęłam sporów i krzyków? Stworzyłam mój autorski system „wagowy”. Zwykła rozpiska nie zdałaby tu egzaminu. Codziennie na lodówce wieszam przygotowaną w Wordzie tabelkę z podziałem na godziny. Każdy, kto potrzebuje o danej godzinie skorzystać z komputera wpisuje 1. Ile mu to zajmie, 2. Co potrzebuje zrobić, 3. Jak ważna jest to rzecz w skali 1-5. Oczywistym jest, że pisanie wypracowania o wadze 4 ma pierwszeństwo nad zabawą w programie graficznym o wadze 2.

Początkowo moje dzieci celowo zawyżały znaczenie swoich powodów korzystania z komputera jednak z czasem zrozumiały, że nie ma to sensu. Dlaczego? Mogą się dostać do komputera wtedy, gdy będzie to jedynie ich fanaberią, ale gdy naprawdę pojawi się ważna potrzeba ktoś inny wskoczy na ich miejsce stosując tę samą metodę.

Po kilku dniach każdy – nawet moja najmłodsza 5 letnia córka, wpisując ulubioną zabawę edukacyjną wyraźnie zaznaczyła przy niej 3, a nie jak poprzednio 5. Ten system pozwala również uświadomić sobie ile czasu poświęca się na siedzenie przed monitorem i wyraźnie widać ile z niego zostało zmarnowane na przyjemne, ale nieefektywne działania.

Czy u Ciebie w domu również toczy się walka o miejsce przed komputerem? Jak sobie z tym radzisz? A może dla świętego spokoju, każdy ma swój własny?


Gdzieś zgubiłam 2 godziny…

18/05/2009

Wydaje Ci się, że masz dzień wypełniony, co do minuty? Na nic więcej nie znajdziesz czasu? Mogę Cię zaskoczyć – nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak wiele go tracisz (z resztą jak zdecydowana większość ludzi)!
Istnieje bardzo prosty sposób, aby „zmierzyć” ile minut/godzin tracisz każdego dnia. Kup książkę albo odnajdź na półce jedną z tych, które zawsze chciałeś przeczytać, ale nigdy nie miałeś czasu, bo musiałeś zając się czymś innym. Miej książkę zawsze pod ręką – gdy wychodzisz wrzuć ją do torby / plecaka. Zawsze, gdy będziesz jechać autobusem, czekać na znajomego w kawiarni, „stać” w kolejce w przychodni – wyjmij książkę i czytaj. Nie ważne czy będzie to 5 czy 50 minut. Zaznaczaj zakładką stronę, na której skończyłeś, aby się nie pogubić. Co to da?
Pod koniec każdego dnia – policz ile stron przeczytałeś. Przeciętna prędkość czytania to ok. 25 stron na godzinę. W ten oto prosty sposób dowiesz się ile czasu – którego przecież nie miałeś – uciekło Ci na „czekaniu”. A teraz pomyśl, gdybyś czasami zamiast czytania książki załatwiał drobne sprawy, które zwykle odkładasz na „później”? W końcu uwolniłbyś się od zaległości i miał załatwione wszystko na bieżąco – a to bardzo miłe uczucie 

Sama zrobiłam ten eksperyment w zeszła sobotę. Rano poszłam z Muffinem do weterynarza. Była spora kolejka i udało mi się przeczytać 18 stron zanim zostaliśmy przyjęci. Później przygotowywałam obiad. Córki zażyczyły sobie lasagne, która musi się piec 40 minut. Tu zyskałam kolejne 20 stron. Wieczorem pojechałam na spotkanie z przyjaciółką, jej spóźnienie sprawiło, że zakładka wylądowała 14 stron dalej. Bilans sobotni – 52 strony, czyli ok. 2 godziny! Gdyby nie książka, nie odkryłabym ile czasu poświęciłam w ciągu dnia na „extra” działanie – byłabym przekonana, że szpilki bym nie wetknęła w tak napięty plan dnia a wieczorem zmęczona, z pewnością nie sięgnęłabym po książkę tylko położyła się spać.

Dlatego też serdecznie zachęcam Cię do wyrobienia nawyku czytania w wolnych chwilach. Jest to tzw. „2 w 1” – z jednej strony efektywnie wykorzystujesz niemal każda minutę (co poprawia samopoczucie), a z drugiej – w końcu masz szansę nadrobić zaległości czytelnicze, zrelaksować się i na chwilę oderwać od bieżących spraw.
A Tobie ile godzin rozmyło się podczas pozornego działania, czyli np. czekania? Co mógłbyś zrobić w tym czasie? Może znasz jakiś inny sposób mierzenia „zgubionego” czasu?


A Ty, co masz dzisiaj „Do zrobienia”?

14/05/2009

Szukając praktycznego i prostego w obsłudze narzędzia pomocnego w zarządzaniu czasem kilka miesięcy temu trafiłam na jeden z gadżetów labpixies o nazwie „do zrobienia”. Jeśli jesteś posiadaczem igoogle z pewnością go znasz – a jeśli nie – łatwo możesz dodać go do swojego profilu. Od razu go polubiłam, ponieważ jest „minimalistyczny” (bez tysiąca – często zbędnych – funkcji i skomplikowanej instalacji) i dostępny bez konieczności rejestracji na stronie czy dokonywania jakichkolwiek płatności.

Clipboard01

Gadżet ten umożliwia dodawania i usuwanie zadań z listy o wyglądzie kartki z notatnika. Możesz nadawać celom priorytety zmieniając ich kolejność oraz oznaczając odpowiednimi kolorami. Codziennie rano – jeśli nie jesteś zwolennikiem papierowych dzienników będziesz mógł sprawdzić stan listy i ją uaktualnić – dzięki temu nie zapomnisz odebrać kurtki z pralni, zaprowadzić psa na szczepienie czy przełożyć wizyty u lekarza.
„Do zrobienia” zajdziesz na stronie: http://pl.labpixies.com/gadget_page.php?id=33