Ucz się dziecko, ucz – póki jest czas!

25/06/2009

Tak zawsze mówiła moja wychowawczyni w podstawówce. Pamiętam to do dzisiaj – może, dlatego, że jej ton sugerował, że i tak jest już dla nas wszystkich zbyt późno? A może, dlatego, że będąc w ostatniej – ósmej klasie czułam się obrażana słowem dziecko?… Ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy nauczyciele mówią tak, żeby zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia ich uczniów. Cóż, za system motywacyjny tego uznać się nie da. Dlaczego?

Aby zmotywować kogoś do działania nie wystarczy wbijać mu niczym młotkiem do głowy, że MUSI to zrobić. Sam fakt, że coś się musi to trochę mało, żeby z zaangażowaniem lub przynajmniej odrobiną chęci przystąpić do pracy.

Jedna z nauczycielek w szkole mojego syna przyjęła inna taktykę. Postanowiła zacząć od siebie. Jako matka 4 dzieci poznałam już wielu przedstawicieli grona pedagogicznego i wiem, że niestety w znacznej części ich praca dalece odbiega od ideału. Owa nauczycielka w przeciwieństwie do innych, nie wyciąga, co roku tych samych notatek i zadań, przerabianych z każdą klasą, ale stara się zainteresować uczniów tematem. Zabiera ich na wycieczki w miejsca, o których czytają w podręczniku do historii, pokazuje ciekawie przygotowaną prezentację zamiast nudnego “wykładu” i przedstawia interesujące filmy dotyczące omawianej przez nich epoki. Mój syn jest zachwycony. Wracając ze szkoły nie musi siadać do książek, żeby zrozumieć, o czym mówiła nauczycielka- doskonale wszystko pamięta i odrobienie pracy domowej nie stanowi dla niego żadnego problemu.

Porównując podejście moich nauczycieli i wychowawczyni mojego syna musze przyznać, że kreatywność i wychodzenie poza standardowe formy nauczania, bardzo wzmagają chęć do nauki. Chyba warto, żeby najmłodsi zamiast traktować szkołę, jako zło konieczne zobaczyli w niej także szansę na poznanie ciekawych faktów, zjawisk i miejsc. W późniejszych latach przełoży się to na ich stosunek do pracy i przekazywania swojej wiedzy innym (nie koniecznie w zawodzie nauczyciela).

Cóż – my rodzice musimy, albo liczyć na szczęście, że nasze dzieci „dobrze trafią”, albo samemu zaangażować się w ich rozwój i podsycać ich ciekawość świata. Ja polecam jednak to drugie.


Co dobre (za)szybko się kończy…

25/06/2009

Moja córka wróciła ostatnio z wyjazdu na zieloną szkołę. Gdy po tygodniu szaleństw i zabaw odbierałam ją spod szkoły zapytała mnie: „Mamo, dlaczego jak jestem na wyjeździe i jest tak fajnie to zdaję sobie z tego sprawę dopiero po powrocie?”. Wtedy opowiedziałam jej, jaki sposób na to znalazłam wiele lat temu.

Gdy wyjeżdżałam na obozy zawsze doceniałam spędzony tam czas i różne śmieszne,a czasami trochę straszne sytuacje dopiero po powrocie. Po jednym z takich wypadów obiecałam sobie, że podczas każdego wyjazdu znajdę chwilę, aby usiąść na chwile i pozwolić, aby dotarły do mnie myśli tłumione przez bieżące sprawy i działania.

Niby taki prosty zabieg, a jaki skuteczny!

Pamiętam, jak spędzając wakacje w Wilkasach, poszłam po kolacji na pomost z kubkiem herbaty malinowej i patrzyłam na jezioro dziękując losowi, że pozwolił mi przeżywać coś tak wspaniałego. Przepełniała mnie ogromna (trochę niewytłumaczalna) radość, energia. Ciepły wiatr i zapach jeziora są w moich myślach do dzisiaj. Gdy tylko dzieje się coś przyjemnego w moim życiu np. przygotowania do ślubu, wyczekana i długo planowana podróż na Malediwy, obserwowanie pierwszych kroków mojej córki – mówię sobie – „Jak wspaniale jest tu być!”. Dzięki temu jeszcze bardziej doceniam każdą chwilę, a po powrocie nie żałuję, że np. wyjazd minął zbyt szybko. Wiem, że „wycisnęłam” z niego maksimum przyjemności i że robiłam to całkowicie świadomie.

Moja córka postanowiła wykorzystać mój sposób na najbliższym wyjeździe. Powiedziała mi, że nigdy nie chce żałować, że będąc w pięknym miejscu z przyjaciółmi nie potrafiła tego docenić.

Czy Tobie zdarza się w pogoni za przyjemnością utracić kontakt z rzeczywistością i dopiero po dłuższym czasie powrócić wspomnieniami do „starych dobrych czasów”? A może potrafisz celebrować chwilę?


Kwadrans akademicki

23/06/2009

Pamiętam, że jako studentka z jednej strony go uwielbiałam, a z drugiej był on moim przekleństwem. Gdy czekaliśmy na profesora – wielbiciela niezapowiedzianych „wejściówek” (tzn?) i mijało magiczne 15minut i w końcu z ulgą mogliśmy iść na kawę nie obawiając się żadnych konsekwencji, uważałam to za najlepszy wynalazek ludzkości. Bywało jednak tak, że jechałam spóźniona na zajęcia modląc się, żeby autobus wreszcie przyspieszył zamiast zaliczać każde czerwone światła i gdy wpadałam 16 minut (dosłownie!!) do auli słyszałam „Moja droga Pani już za późno…”. Wówczas wściekałam się niezmiernie.

Dlaczego nagle naszło mnie na wspominanie owego kwadransa?

Czekałam dzisiaj na przyjaciółkę, z którą umówiłam się o 17, akurat udało mi się trochę wcześniej wyjść z pracy i byłam już o 16:55 w naszej ulubionej kawiarni.

Zawsze biorę poprawkę na korki i inne przeszkody, jakie mogą zatrzymać osobę, z którą jestem umówiona. Sama bardzo nie lubię się spóźniać i tego oczekuję również od innych. Wiedząc o tym znajomi nie każą mi zwykle czekać zbyt długo lub dzwonią prosząc o cierpliwość. Dlaczego? Mam taki zwyczaj, że nie czekam dłużej niż 15 minut. Jeśli ktoś na tyle swobodnie podchodzi do naszego spotkania i nie informuje mnie ile jeszcze mam siedzieć przy stoliku zwlekając z zamówieniem, uważam, że nie będzie miał nic, przeciwko jeśli spotkamy się innym razem.

Gdy dobiegała 17:10 wyciągnęłam z torby komórkę i wybrałam numer znajomej. Nie odbierała. O 17:15 zamówiłam sałatkę z łososiem i zabrałam się za oddzwanianie na telefony, których nie mogłam odebrać w ciągu dnia. Gdy pojawiła się o 17:35 twierdząc, że stała w TAKIM korku, ja już kończyłam. Powiedziałam jej, że miło mi ją widzieć, ale zostało mi 10 minut, po czym muszę jechać na jogę. Gdyby pojawiła się punktualnie – wówczas mogłybyśmy wspólnie zjeść obiad i pogawędzić. Najpierw była lekko zaszokowana, a później z uśmiechem rzuciła „eee to dzisiaj nie pójdziesz na jogę – nic się nie stanie” i usiadła przekonana, że tak właśnie zrobię.

Ponieważ staram się nie rezygnować ze swoich planów jeśli nie jest to naprawdę konieczne, postanowiłam wyjść o wcześniej ustalonej godzinie, tak aby zdążyć na zajęcia. Nie znaczy to, że pokłóciłam się z koleżanką – nic z tych rzeczy. Zawsze jestem bardzo rzeczowa i również tym razem powiedziałam, że chętnie z nią porozmawiam, ale może innym razem uda nam się zgrać terminy.

A Ty jak reagujesz, gdy Twój znajomy się spóźnia? Ile czekasz? Czy warto przekładać swoje plany przez innych?