Ucz się dziecko, ucz – póki jest czas!

25/06/2009

Tak zawsze mówiła moja wychowawczyni w podstawówce. Pamiętam to do dzisiaj – może, dlatego, że jej ton sugerował, że i tak jest już dla nas wszystkich zbyt późno? A może, dlatego, że będąc w ostatniej – ósmej klasie czułam się obrażana słowem dziecko?… Ostatnio zaczęłam się zastanawiać czy nauczyciele mówią tak, żeby zrzucić z siebie ciężar odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenia ich uczniów. Cóż, za system motywacyjny tego uznać się nie da. Dlaczego?

Aby zmotywować kogoś do działania nie wystarczy wbijać mu niczym młotkiem do głowy, że MUSI to zrobić. Sam fakt, że coś się musi to trochę mało, żeby z zaangażowaniem lub przynajmniej odrobiną chęci przystąpić do pracy.

Jedna z nauczycielek w szkole mojego syna przyjęła inna taktykę. Postanowiła zacząć od siebie. Jako matka 4 dzieci poznałam już wielu przedstawicieli grona pedagogicznego i wiem, że niestety w znacznej części ich praca dalece odbiega od ideału. Owa nauczycielka w przeciwieństwie do innych, nie wyciąga, co roku tych samych notatek i zadań, przerabianych z każdą klasą, ale stara się zainteresować uczniów tematem. Zabiera ich na wycieczki w miejsca, o których czytają w podręczniku do historii, pokazuje ciekawie przygotowaną prezentację zamiast nudnego “wykładu” i przedstawia interesujące filmy dotyczące omawianej przez nich epoki. Mój syn jest zachwycony. Wracając ze szkoły nie musi siadać do książek, żeby zrozumieć, o czym mówiła nauczycielka- doskonale wszystko pamięta i odrobienie pracy domowej nie stanowi dla niego żadnego problemu.

Porównując podejście moich nauczycieli i wychowawczyni mojego syna musze przyznać, że kreatywność i wychodzenie poza standardowe formy nauczania, bardzo wzmagają chęć do nauki. Chyba warto, żeby najmłodsi zamiast traktować szkołę, jako zło konieczne zobaczyli w niej także szansę na poznanie ciekawych faktów, zjawisk i miejsc. W późniejszych latach przełoży się to na ich stosunek do pracy i przekazywania swojej wiedzy innym (nie koniecznie w zawodzie nauczyciela).

Cóż – my rodzice musimy, albo liczyć na szczęście, że nasze dzieci „dobrze trafią”, albo samemu zaangażować się w ich rozwój i podsycać ich ciekawość świata. Ja polecam jednak to drugie.


Co dobre (za)szybko się kończy…

25/06/2009

Moja córka wróciła ostatnio z wyjazdu na zieloną szkołę. Gdy po tygodniu szaleństw i zabaw odbierałam ją spod szkoły zapytała mnie: „Mamo, dlaczego jak jestem na wyjeździe i jest tak fajnie to zdaję sobie z tego sprawę dopiero po powrocie?”. Wtedy opowiedziałam jej, jaki sposób na to znalazłam wiele lat temu.

Gdy wyjeżdżałam na obozy zawsze doceniałam spędzony tam czas i różne śmieszne,a czasami trochę straszne sytuacje dopiero po powrocie. Po jednym z takich wypadów obiecałam sobie, że podczas każdego wyjazdu znajdę chwilę, aby usiąść na chwile i pozwolić, aby dotarły do mnie myśli tłumione przez bieżące sprawy i działania.

Niby taki prosty zabieg, a jaki skuteczny!

Pamiętam, jak spędzając wakacje w Wilkasach, poszłam po kolacji na pomost z kubkiem herbaty malinowej i patrzyłam na jezioro dziękując losowi, że pozwolił mi przeżywać coś tak wspaniałego. Przepełniała mnie ogromna (trochę niewytłumaczalna) radość, energia. Ciepły wiatr i zapach jeziora są w moich myślach do dzisiaj. Gdy tylko dzieje się coś przyjemnego w moim życiu np. przygotowania do ślubu, wyczekana i długo planowana podróż na Malediwy, obserwowanie pierwszych kroków mojej córki – mówię sobie – „Jak wspaniale jest tu być!”. Dzięki temu jeszcze bardziej doceniam każdą chwilę, a po powrocie nie żałuję, że np. wyjazd minął zbyt szybko. Wiem, że „wycisnęłam” z niego maksimum przyjemności i że robiłam to całkowicie świadomie.

Moja córka postanowiła wykorzystać mój sposób na najbliższym wyjeździe. Powiedziała mi, że nigdy nie chce żałować, że będąc w pięknym miejscu z przyjaciółmi nie potrafiła tego docenić.

Czy Tobie zdarza się w pogoni za przyjemnością utracić kontakt z rzeczywistością i dopiero po dłuższym czasie powrócić wspomnieniami do „starych dobrych czasów”? A może potrafisz celebrować chwilę?


Kwadrans akademicki

23/06/2009

Pamiętam, że jako studentka z jednej strony go uwielbiałam, a z drugiej był on moim przekleństwem. Gdy czekaliśmy na profesora – wielbiciela niezapowiedzianych „wejściówek” (tzn?) i mijało magiczne 15minut i w końcu z ulgą mogliśmy iść na kawę nie obawiając się żadnych konsekwencji, uważałam to za najlepszy wynalazek ludzkości. Bywało jednak tak, że jechałam spóźniona na zajęcia modląc się, żeby autobus wreszcie przyspieszył zamiast zaliczać każde czerwone światła i gdy wpadałam 16 minut (dosłownie!!) do auli słyszałam „Moja droga Pani już za późno…”. Wówczas wściekałam się niezmiernie.

Dlaczego nagle naszło mnie na wspominanie owego kwadransa?

Czekałam dzisiaj na przyjaciółkę, z którą umówiłam się o 17, akurat udało mi się trochę wcześniej wyjść z pracy i byłam już o 16:55 w naszej ulubionej kawiarni.

Zawsze biorę poprawkę na korki i inne przeszkody, jakie mogą zatrzymać osobę, z którą jestem umówiona. Sama bardzo nie lubię się spóźniać i tego oczekuję również od innych. Wiedząc o tym znajomi nie każą mi zwykle czekać zbyt długo lub dzwonią prosząc o cierpliwość. Dlaczego? Mam taki zwyczaj, że nie czekam dłużej niż 15 minut. Jeśli ktoś na tyle swobodnie podchodzi do naszego spotkania i nie informuje mnie ile jeszcze mam siedzieć przy stoliku zwlekając z zamówieniem, uważam, że nie będzie miał nic, przeciwko jeśli spotkamy się innym razem.

Gdy dobiegała 17:10 wyciągnęłam z torby komórkę i wybrałam numer znajomej. Nie odbierała. O 17:15 zamówiłam sałatkę z łososiem i zabrałam się za oddzwanianie na telefony, których nie mogłam odebrać w ciągu dnia. Gdy pojawiła się o 17:35 twierdząc, że stała w TAKIM korku, ja już kończyłam. Powiedziałam jej, że miło mi ją widzieć, ale zostało mi 10 minut, po czym muszę jechać na jogę. Gdyby pojawiła się punktualnie – wówczas mogłybyśmy wspólnie zjeść obiad i pogawędzić. Najpierw była lekko zaszokowana, a później z uśmiechem rzuciła „eee to dzisiaj nie pójdziesz na jogę – nic się nie stanie” i usiadła przekonana, że tak właśnie zrobię.

Ponieważ staram się nie rezygnować ze swoich planów jeśli nie jest to naprawdę konieczne, postanowiłam wyjść o wcześniej ustalonej godzinie, tak aby zdążyć na zajęcia. Nie znaczy to, że pokłóciłam się z koleżanką – nic z tych rzeczy. Zawsze jestem bardzo rzeczowa i również tym razem powiedziałam, że chętnie z nią porozmawiam, ale może innym razem uda nam się zgrać terminy.

A Ty jak reagujesz, gdy Twój znajomy się spóźnia? Ile czekasz? Czy warto przekładać swoje plany przez innych?


Nie wiem, co chcę w życiu robić…

25/05/2009

Czy to źle jeśli ktoś nie jest zdecydowany, miota się, zastanawia?

Absolutnie nie! Nie rozumiem pogardliwych spojrzeń i komentarzy za plecami, jeśli ktoś nie jest w 100% zdeklarowany, co do swoich planów na najbliższe 20 lat. Oczywiście ich posiadanie zdecydowanie ułatwia i przyspiesza osiągnięcie szerokorozumianego sukcesu i szczęścia, ale samo poszukiwanie swojej drogi jest niezwykle fascynującym zajęciem. Pamiętam jak wspólnie z kolegą z działu kadr przeprowadzaliśmy rekrutację na stanowisko młodszego specjalisty ds. marketingu w mojej poprzedniej firmie. Jednym z pytań w formularzu, na jakie oczekiwaliśmy odpowiedzi było: „Co będziesz robić za 5 lat?”. Zdecydowana większość kandydatów „szyła” na bieżąco wizje swojej przyszłości. Starali się wypaść profesjonalnie i pewnie. Często przewijał się dom/mieszkanie, awans o dwa stanowiska i podróż (koniecznie dookoła świata). W końcu jeden chłopak po usłyszeniu pytania odpowiedział „Nie mam pojęcia! To zależy m.in. od tego czy mnie przyjmiecie. Jeśli tak się stanie – za 5 lat to ja będę siedzieć po tamtej stronie biurka”. Mówił to w tak szczery i jednocześnie łagodny sposób – zero arogancji, pozowania. To miało być ironiczne podsumowanie tak naprawdę głupiego pytania.

Zdecydowaliśmy się go zatrudnić, nie tylko ze względu na tą jedną odpowiedź ale również jego dotychczasowe doświadczenie. Po 5 latach nie zajmował się rekrutacją, ale grał w kapeli rokowej (znanej do dzisiaj) i tak już zostało.

Przyznam, że uwielbiam ludzi otwartych, niebojących się przyznać, że dopiero szukają swojej drogi. Cenię również tych, którzy takie poszukiwania szanują.

Idealnie pasuje w tym miejscu tekst reklamy (nie pamiętam, czego – będę bardzo wdzięczna za przypomnienie!:)) gdzie na jednym z ujęć, chłopak w eleganckim garniturze, wyraźnie znudzony i zamyślony siedział na krześle podczas firmowej konferencji. Głos w tle tak skomentował tą scenkę „Nie miej do siebie pretensji, jeśli nadal nie wiesz, co chcesz w życiu robić”. Nie jestem pewna, czy dosłownie tak to brzmiało, ale sens jest identyczny. I ja się z tym zgadzam – nie miej do siebie pretensji, że nie znalazłaś, możesz mieć jedynie pretensje, że nie szukasz.

P.S Jeśli pamiętasz tą reklamę – będę niezmiernie wdzięczna za linka. Ostatnio chodzi mi po głowie, a nie mogę za nic przypomnieć sobie, jaki produkt był w ten sposób promowany (a to chyba nienajlepiej świadczy o reklamie, ale co tam;))


Gdzieś zgubiłam 2 godziny…

18/05/2009

Wydaje Ci się, że masz dzień wypełniony, co do minuty? Na nic więcej nie znajdziesz czasu? Mogę Cię zaskoczyć – nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak wiele go tracisz (z resztą jak zdecydowana większość ludzi)!
Istnieje bardzo prosty sposób, aby „zmierzyć” ile minut/godzin tracisz każdego dnia. Kup książkę albo odnajdź na półce jedną z tych, które zawsze chciałeś przeczytać, ale nigdy nie miałeś czasu, bo musiałeś zając się czymś innym. Miej książkę zawsze pod ręką – gdy wychodzisz wrzuć ją do torby / plecaka. Zawsze, gdy będziesz jechać autobusem, czekać na znajomego w kawiarni, „stać” w kolejce w przychodni – wyjmij książkę i czytaj. Nie ważne czy będzie to 5 czy 50 minut. Zaznaczaj zakładką stronę, na której skończyłeś, aby się nie pogubić. Co to da?
Pod koniec każdego dnia – policz ile stron przeczytałeś. Przeciętna prędkość czytania to ok. 25 stron na godzinę. W ten oto prosty sposób dowiesz się ile czasu – którego przecież nie miałeś – uciekło Ci na „czekaniu”. A teraz pomyśl, gdybyś czasami zamiast czytania książki załatwiał drobne sprawy, które zwykle odkładasz na „później”? W końcu uwolniłbyś się od zaległości i miał załatwione wszystko na bieżąco – a to bardzo miłe uczucie 

Sama zrobiłam ten eksperyment w zeszła sobotę. Rano poszłam z Muffinem do weterynarza. Była spora kolejka i udało mi się przeczytać 18 stron zanim zostaliśmy przyjęci. Później przygotowywałam obiad. Córki zażyczyły sobie lasagne, która musi się piec 40 minut. Tu zyskałam kolejne 20 stron. Wieczorem pojechałam na spotkanie z przyjaciółką, jej spóźnienie sprawiło, że zakładka wylądowała 14 stron dalej. Bilans sobotni – 52 strony, czyli ok. 2 godziny! Gdyby nie książka, nie odkryłabym ile czasu poświęciłam w ciągu dnia na „extra” działanie – byłabym przekonana, że szpilki bym nie wetknęła w tak napięty plan dnia a wieczorem zmęczona, z pewnością nie sięgnęłabym po książkę tylko położyła się spać.

Dlatego też serdecznie zachęcam Cię do wyrobienia nawyku czytania w wolnych chwilach. Jest to tzw. „2 w 1” – z jednej strony efektywnie wykorzystujesz niemal każda minutę (co poprawia samopoczucie), a z drugiej – w końcu masz szansę nadrobić zaległości czytelnicze, zrelaksować się i na chwilę oderwać od bieżących spraw.
A Tobie ile godzin rozmyło się podczas pozornego działania, czyli np. czekania? Co mógłbyś zrobić w tym czasie? Może znasz jakiś inny sposób mierzenia „zgubionego” czasu?


Uwaga gaduła atakuje!

04/05/2009

Znasz ten typ człowieka- pożeracza cudzego czasu? Ja mam kogoś takiego za sąsiada. Nie jest to – wbrew wszelkim oczekiwaniom – starsza Pani lubiąca porozmawiać o pogodzie i strzykaniu w kościach a mężczyzna około czterdziestki – Pan Tomasz. Gdy wychodzi na spacer ze swoim jamnikiem osiedle pustoszeje.

Dlaczego? Gdy tylko kogoś „złapie” na swojej drodze zaczyna opowiadać o swoim synu, który wyjechał do Krakowa, o ostatnim odcinku „tańca z gwiazdami” – „a widziała Pani jak się tej aktorce spódnica podwinęła? I ona tak tańczyła do końca – no niesamowite!”. Nie ma dla niego tematów nieciekawych, jednocześnie niezmiernie trudno jest się z nim ”pożegnać”. Nie raz widziałam jak stał na chodniku prowadząc monolog skierowany do Pani Marioli spod 4. Ona- zamiast jasno powiedzieć, że jest zajęta (niosła stos papierów i laptopa – pewnie znowu spieszyła się na nagranie do studia) stała, niecierpliwie rozglądając się wkoło czy nie idzie ktoś, kto mógłby „wybawić” ją z tej opresji.

Ja, od jakiegoś czasu, nie mam problemów z Panem Tomaszem. Otóż, gdy pewnego dnia biegłam (mocno już spóźniona) do samochodu – spotkałam oczywiście p.Tomasza – ale powiedziałam stanowczo (i zgodnie z prawdą), że w tej chwili nie mogę rozmawiać. Dałam tym samym do zrozumienia, że nie zawsze jestem w stanie pozwolić sobie na pogawędkę. Teraz nie muszę udawać, że rozmawiam przez komórkę, gdy mijam Pana Tomasza (przyznaj się też czasami to robisz ;) . Jeśli mam czas – chętnie rozmawiam z nim o nowościach ogrodniczych czy ostatnim filmie Clinta Eastwooda, jednak, gdy się spieszę, bądź po prostu mam inne sprawy na głowie informuję o tym wprost.

Ważne jest, aby umieć odmawiać (gdy tego wymaga sytuacja). Pamiętaj – Twój czas jest zbyt cenny, jak powiedział Albert Einstein „Znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie, jak go wskrzesić”. Ludzie poprzez szacunek dla Twojego czasu wyrażają również swój szacunek do Ciebie. Jeśli nadużywają Twojego czasu – nie wahaj się powiedzieć „NIE”.

Trafiłeś kiedyś na natarczywą gadułę? Może masz kogoś takiego w swoim otoczeniu? Jak sobie z nim radzisz?


Robisz kilka rzeczy jednocześnie? Może masz w sobie coś z Napoleona?

27/04/2009

Napoleon potrafił dyktować treść kilku listów równocześnie. Swoją drogą, ciekawe, jak radziłby sobie z dzisiejszą rzeczywistością…
Dzisiaj jadąc do pracy, stałam jak zwykle w gigantycznym korku i korzystając z okazji obserwowałam ludzi z sąsiednich samochodów. Młoda dziewczyna w yarisie cały czas rozmawiała przez komórkę, żywo gestykulując i przy okazji robiła poranny makijaż. Około 30-letni kierowca passata, stojący obok mnie, co chwilę brał na kolana laptopa i coś pisał, po czym, gdy trzeba było podjechać kilka metrów, nerwowo zrzucał go na siedzenie pasażera. Elegancka kobieta w sporym, terenowym samochodzie, która obserwowałam w lusterku, jadła kanapkę popijając kawą w kubku z popularnej kawiarni i segregowała papiery, które co chwilę zasłaniały jej postać niemalże fruwając pod dachem auta.
Ty też czasami robisz kilka rzeczy naraz (szczególnie rano)? Z czego to wynika?
W zdecydowanej większości przypadków z nieumiejętnego zarządzania czasem. Znałam to doskonale z codziennych zmagań mojej rodziny. Gdy dzwonił budzik – sygnalizujący porę pobudki młodszych dzieci, każdemu wydawało się, że jest jeszcze TYLE czasu, żeby się umyć, ubrać, wyjść z psem, zjeść i dojechać do szkoły – otóż nie! Połowę czasu dzieci poświęcały na leniwe ścielenie łóżek i mycie. Przy śniadaniu zaczynało się robić nerwowo i zwykle nie było już czasu na dokończenie posiłku (który jest najważniejszym w ciągu dnia!) bo trzeba było niemalże biegiem wychodzić z domu. Często kończyło się to niezabraniem książek lub zeszytów lub założeniem bluzki na lewą stronę. Nie trzeba chyba mówić o humorach domowników po takim początku dnia. Im więcej zamętu i chaosu towarzyszyło porannym czynnościom tym gorzej wyglądał cały dzień.

Znaleźliśmy na to sposób. Jaki? Bardzo prosty – nastawiamy budzik 15 minut wcześniej, dzieci przygotowują ubrania już poprzedniego dnia. Zrobiliśmy również specjalny grafik porannych spacerów z psem – ten, kto może najpóźniej wyjść z domu ma zaszczyt towarzyszyć Muffinowi w przechadzce po okolicy. Wystarczyło zaledwie kilka zmian, aby każdy z nas wychodził rano z domu zadowolony, uśmiechnięty i dobrze przygotowany – dzięki temu, czynności wykonywane później przychodziły nam łatwiej i byliśmy do nich lepiej nastawieni.
Czy Tobie również zdarza się z powodu tzw. braku czasu robić kilka rzeczy naraz lub rezygnować z ważnych czynności takich jak zjedzenie śniadania? Może masz swój sposób na uniknięcie tego typu stresujących sytuacji.


Idealny dzień na działanie jest dzisiaj!

20/04/2009

Powiedz, tak szczerze, jak często rezygnujesz ze zrobienia czegoś odkładając to na „lepsze czasy”? Czyli tak naprawdę „wieczne nigdy”. Najczęściej efektem takiego podejścia jest całkowita rezygnacja z działania lub przekładanie go do momentu, gdy zadanie musi być absolutnie „już” wykonane. Powoduje to stres i frustrację.
Pierwsza osobą, jaka pojawia mi się przed oczami, gdy myślę o ludziach czekających na cudowne zbiegi okoliczności jest moja siostra. Wielokrotnie, już w dzieciństwie, zamiast podjąć wyzwanie i spróbować realizować swoje marzenia, w obawie przed porażką poddawała się. Bardzo interesowała się gimnastyką artystyczną, oglądała filmy i czytała książki opowiadające o tym pięknym sporcie. Nigdy natomiast nie odważyła się pójść na zajęcia, które rodzice jej opłacili. Tak bardzo bała się konfrontacji własnych możliwości ze sportową rzeczywistością i jej wymaganiami, że nie zdecydowała się nawet na jedną lekcję.
Pamiętam jak chciała zrobić prawo jazdy. Rodzice obiecali, że będą jej pożyczać samochód (pamiętam, jak bardzo jej zazdrościłam). Najpierw godziny zajęć teoretycznych kolidowały jej z tańcem towarzyskim, na który chodziła, później nadwyrężyła sobie ścięgno w prawej nodze i zrezygnowała z jazd, ale tylko „na jakiś czas”. Gdy chciała do nich wrócić okazało się, że musi powtórzyć test teoretyczny zanim wyjedzie na miasto z L-ką na dachu. Od tego czasu minęło 21 lat(!!) przez, które zawsze znajdywała jakąś wymówkę – wyjazdy służbowe, problemy ze zdrowiem, inne wydatki itp. Dopiero teraz, gdy jej podejście uległo zmianie postanowiła mimo znacznie większej ilości przeszkód zrobić to, co już dawno powinna mieć za sobą. Jak jej się udało? Skorzystała ze sprawdzonej metody 5 kroków walki z prokrastynacją (czyli odkładaniem zrobienia rzeczy na później), której jednym z etapów jest stworzenie planu działania. Moja siostra również opracowała plan – dzieląc cały kurs na poszczególne etapy ( zajęcia teoretyczne, test teoretyczny, zajęcia praktyczne, test praktyczny itp.)
Ważne jest, aby w życiu nie czekać na sprzyjające warunki tylko samemu je stwarzać! Pamiętaj, że to, co przychodzi trudniej i wymaga więcej wysiłku daje tez znacznie więcej satysfakcji. Przecież chodzi o realizację Twoich marzeń!

Czy Tobie również zdarzyło się stracić szansę lub nie osiągnąć celu przez ciągłe oczekiwanie na lepsze czasy? Może udało Ci się przezwyciężyć tendencję do odkładania wykonania zadań? Pamiętasz, jakie były przyczyny takiego zachowania?


Tik tak – czas nie czeka!

31/03/2009

Zabiegany, zajęty swoimi bardzo pilnymi sprawami (jak zdecydowana większość znanych mi osób) często nawet nie zauważasz jak wiele cennych dni, tygodni a nawet miesięcy tracisz na wykonywaniu czynności nieprzybliżających Cię do Twoich życiowych celów nawet o milimetr – sama doskonale znam ten stan. Są ludzie (być może myślisz podobnie jak oni), którzy powodów swoich niepowodzeń dopatrują się w złośliwości losu. Owszem nie zawsze masz wpływ na okoliczności – jednak to od Ciebie zależy jak do nich podejdziesz i czy je wykorzystasz na swoją korzyść ( a jestem pewna, że chcesz i potrafisz wziąć sprawy w swoje ręce). Dostałeś propozycję wyjazdu na zagraniczne szkolenie, ale rezygnujesz, bo „nie zdążysz napisać zaległego raportu”. Pamiętaj to od Ciebie zależy czy osiągniesz sukces, dlatego musisz nauczyć się określać swoje cele i konsekwentnie dążyć do ich realizacji. Co Ci w tym pomoże? – odpowiednie gospodarowanie swoim czasem!

Jako małej dziewczynce wydawało mi się, że mam go jeszcze mnóstwo – na lekcjach często mi się potwornie dłużył, jako studentce – że podejrzanie szybko zaczyna uciekać (szczególnie przed egzaminami), jako dojrzałej kobiecie – że nie czeka i tylko od mnie zależy jak go wykorzystam. O kim (a raczej, o czym) mówię? O czasie. Na początku mojej drogi zawodowej zdarzało mi się (jestem pewna, że Tobie również) marzyć o tym, aby nagle stanęły zegary i w końcu udałoby mi się zrobić wszystko, co powinnam w wyznaczonym terminie – spotkania, raporty, telefony. A przecież życie poza pracą jest równie absorbujące. Wydawało mi się, że zbyt wiele biorę na siebie, że pewnych spraw po prostu nie da się połączyć i osiągnąć – przez to często rezygnowałam ze swoich pragnień i marzeń z góry umieszczając je w przegródce „nieosiągalne”. Jak tu myśleć o wyjeździe na safari, który trzeba planować już kilka miesięcy wcześniej, kiedy ja nie byłam w stanie zarezerwować noclegów w Łebie wcześniej niż dzień przed wyjazdem. Dlaczego o tym mówię? Żeby uświadomić Ci, że nikt nie rodzi się z cudowną i jakże pożądana umiejętnością zarządzania czasem, ale każdy ( tak jak ja) może się jej nauczyć! Co jest niezbędne? Konsekwencja i pewność, że tego właśnie chcesz.
A Ty – czy zatrzymałbyś zegar? Na co najbardziej brakuje Ci czasu? Może czujesz, że przez nieumiejętne nim zarządzanie straciłeś niepowtarzalną szansę w życiu zawodowym lub prywatnym? Nawet jeśli odpowiedź brzmi „TAK” – to nie poddawaj się. „Przegapionej” szansy żal, ale przecież będą następne. Ważne byś był na te kolejne już przygotowany. Upewnij się, że wiesz czego naprawdę chcesz i na czym Ci zależy. A potem – konsekwentnie podążaj w tym kierunku. Będziesz zaskoczony jak wiele możesz zdziałać i osiągnąć!